poniedziałek, 22 grudnia 2014

Rozdział Osiemnasty: "Chwile załamania i genialne pomysły." (II)

          Hostem's POV

         Westchnęłam ciężko, opierając głowę na dłoniach i zamykając oczy. Już od kilku godzin ślęczymy bezsensownie z Lex nad papierami, starając się znaleźć jakieś światełko w tunelu, będącym sprawą sądową Louisa. Po naszej – żeby tego nie ująć zbyt łagodnie – beznadziejnej rozmowie wczorajszego wieczoru, znowu się do siebie nie odzywamy. Jednak nie zrezygnowałam z tego, żeby mu pomóc. Mimo wszystko jego osoba zbyt wiele dla mnie znaczy, żebym mogła go od tak po prostu zostawić na pastwę losu i mojej przyjaciółki, która nie miała bladego pojęcia, czym się zajmuje i w co ma włożyć ręce. W sumie nie dziwię się jej, ponieważ Tomlinson wpakował się w cholerne gówno, a ja nigdy wcześniej nie miałam okazji bronić jakiegokolwiek człowieka. Nie chciałam czegokolwiek spieprzyć, żeby on nie wylądował w więzieniu, ale to zadanie w cale nie było takie łatwe. Przydałaby się nam tutaj Lottie. Ona wiedziałby przynajmniej, od czego w ogóle zacząć.

         Zrezygnowana poderwałam się z siedzenia i ówcześnie chwytając paczkę papierosów, wyszłam na balkon naszego starego mieszkania. Jak się okazało Allan nawet nie miał w planach sprzedania go i cały czas na nas tutaj spokojnie czekało. Jak twierdzi nasz przyjaciel – domyślał się, że w końcu nie wytrzymamy i postanowił dmuchać na zimne. Prawda jest taka, że gdyby nie był Spencerem, to już dawno oglądałby kwiatki od spodu. Cholerny kretyn.

         Pokręciłam głową, kiedy zauważyłam Stane, siedzącą na kafelkach i wypuszczającą brudno-biały dym z ust. Zajęłam miejsce zaraz obok niej i bez żadnego słowa odpaliłam swoją fajkę. Przebywałyśmy w zupełnej ciszy. Nie potrzebowałyśmy rozmowy, żeby się odprężyć, a nawet wręcz przeciwnie – była nam zupełnie zbędna. Jakikolwiek hałas, nie będący dźwiękiem silniku samochodu, dochodzącym z dołu, był wręcz katorgą dla naszych bębenków usznych.

- Przepraszam, Madeleine – powiedziała nagle blondynka, przerywając kojący spokój. Nie wiem, ile czasu minęło, odkąd tutaj przyszłam, ale papieros powoli zaczynał mi się kończyć. Zmarszczyłam brwi, odwracając głowę w jej kierunku. Zupełnie nie wiedziałam, o co jej w tym momencie chodziło. – Przepraszam za to, że nie jestem w stanie obronić Louisa. W końcu po to tutaj przyjechałam, ale to zupełnie nie moja brożka – zaśmiała się nerwowo, spuszczając wzrok na dłoń, w której trzymała fajkę. Przysunęłam się do niej natychmiast, obejmując ją ramieniem na wysokości pasa i opierając policzek o jej kręgosłup.

- Nie martw się, Sorex. Jesteśmy najlepsze we wszystkim, kiedy trzymamy się razem. Co prawda nie ma z nami Natalie, ale na pewno damy sobie radę. Trzeba tylko pamiętać o walce i o tym, że nie warto się poddawać, tylko trzymać głowę uniesioną wysoko do góry aż do samego końca. Poradzimy sobie – zaczęłam wyrzucać z siebie pojedyncze zdania, w które tak na dobrą sprawę sama nie wierzyłam. Szczerze powiedziawszy, kiedy układałam je sobie w głowie, brzmiały zdecydowanie lepiej niż teraz, kiedy ujrzało światło dzienne. Zacisnęłam powieki, zgniatając resztę fajki między palcami i odrzucając ja na bok, aby po chwili mocniej przyciągnąć do siebie przyjaciółkę.

- Powiedz mi, Hostem. Czy życie już niewystarczająco dało nam po dupie, żebyśmy na każdym kroku musiały walczyć o swoje, o to, co dla nas jest najważniejsze? Wiem, że nie jesteśmy święte, ale przecież chodzą po tej ziemi ludzie zdecydowanie gorsi od nas, a żyje im się sto razy lepiej niż nam. Mam tego dość – westchnęłam wplatająca palce we włosy i zaciskając na nich pięści zaczęła mocno za nie ciągnąć.

- Nie wiem. Naprawdę nie mam pojęcia – westchnęłam ciężko, zaczynając kołysać się w tył i w przód. - Ale obiecuję ci, że postaram się, żeby to Nowy York był tym miejscem,  którym w końcu będziemy mogły odsapnąć i zająć się tym, co naprawdę kochamy.

          Mygale's POV

         Założyłam okulary na nos i wyszłam z kawiarki, dzierżąc w dłoni kubek z kawą. Od dziś oficjalnie przestałam być panią sędziną i stałam się bezrobotnym. Niestety media natychmiast podchwyciły temat i już przynajmniej trzy razy musiałam spieprzać, żeby nie musieć z nimi rozmawiać. W końcu najbardziej rozchwytywany „strażnik prawa” w Rio de Janeiro nie mógł od tak po prostu rezygnować z wyrobionej pozycji społecznej. Westchnęłam ciężko nad ich głupotą. Nienawidzę ich za to, że utrudniają wszystkie prawy i mieszają się do tego, co zdecydowanie ich nie dotyczy.

         Wsiadłam do samochodu. Musiałam coś wymyślić, żeby pozbyć się Nialla – pieprzonego – stróża – Horana z domu i móc w końcu spakować chociaż te najpotrzebniejsze rzeczy, ponieważ z nim na karku na pewno nie uda mi się zebrać wszystkiego. Najgorzej boli to, że z dziewczynami zabierzemy tylko najlepsze samochody, bo reszty najnormalniej w świecie nie damy rady. Na całe szczęście motory i jeden albo dwa już wcześniej udało nam się przetransportować do Nowego Yorku. Właściciel dom zgodził się na to, zanim jeszcze wpłaciłyśmy kwotę za nasze nowe miejsce zamieszkania. Miło z jego strony, nie powiem.

         Zaparkowałam na podjeździe i od razu wyszłam z pojazdu, wyrzucając kubek po kawie do kosza na śmieci. Byłam mocno podenerwowana przez korki, z którymi musiałam zmagać się przez ponad godzinę, ale znacznie ulżyło mi, kiedy w końcu weszłam do klimatyzowanego pomieszczenia. Zdziwiłam się, kiedy zastała mnie w nim zupełna cisza. Spodziewałam się, że tak jak wcześniej – zastanę dwie blondynki, kłócące się o jakąś pieprzoną głupotę. Albo przynajmniej Sandrę, krzyczącą, że chce coś słodkiego. Jednak bardzo szybko przypomniałam sobie, że dziewczynka została wysłana przez Madi na kolejną wycieczkę. Davies chciała jak najwięcej razy „pozbyć” się jej z domu, żeby nie zadawała pytań na temat tego, dlaczego po raz kolejny się przenosimy. Przynajmniej nie w trakcie bardzo szybkiej i zupełnie nie zorganizowanej, jak to na nas przystało, akcji.

         Weszłam do góry, ponieważ usłyszałam dość głośne przekleństwo, które na pewno padło z ust Charlotte. Weszłam do jej pokoju i stwierdzenie, że moje zdziwienie osiągnęło apogeum byłoby dużym niedomówieniem. Blondynka leżała na podłodze, pocierając obolały tyłek, na który najprawdopodobniej upadła. Dookoła walała się cała masa jej rzeczy, które w pośpiechu pakowała w przypadkowej kolejności i do przypadkowych walizek.

- Mogę wiedzieć, co ty do jasnej cholery właśnie robisz? – rzuciłam, podnosząc wysoko jedną brew. Zwróciłam tym samym na siebie uwagę dziewczyny, która najwyraźniej do tego momentu nie była świadoma mojej obecności, zbyt zajęta pomstowaniem na swoją paszkę, w którą zaplątały jej się nogi i to właśnie dlatego znalazła się na podłodze.

- Pakuję się – stwierdziła, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na całym świecie i podniosła się, wracając do poprzedniej czynności, przerwanej niewinnym wypadkiem. No, może jeszcze bolesnym, wypadkiem. – Przyprowadziłam do domu starego przyjaciela Nialla, z którym właśnie siedzi w ogródki i pije piwsko. Wiesz, żeby w razie czego nie spuszczać z nas spojrzenia, gdybyśmy robiły coś podejrzanego – mówiła, nie przerywając pakowania. – Przez ostatnią godzinę spakowałam rzeczy Alex i zabrałam się za swoje. Jej walizki są już zapakowane do Transportera. Pomyślałam, że spakowanie się do niego będzie najodpowiedniejszym rozwiązaniem, bo poświęcając jakiś jeden super wypasiony samochód, zabierzemy ze sobą inny. Co prawda mniej wartościowy, ale w przypadku podobnych sytuacji bardzo pożyteczny.

- Jesteś najgenialniejszą blondynką na świecie! – pisnęłam i rzuciłam jej się na szyję, mocno do siebie przyciągając. Dziewczyna wydobyła z siebie jakiś dziwny, niezidentyfikowany przeze mnie dźwięk, ale po kilku sekundach, spędzonych w moich ramionach, odwzajemniła uścisk i również zaczęła się cicho śmiać. –Spadam do siebie, a potem razem spakujemy Madeleine!

           Sorex's POV

- Wiem! – krzyknęłam nagle, podrywając się z kafelków, przez co Madeleine wylądowała na plecach. Szczerze powiedziawszy jakoś nie za bardzo mnie to obeszło, ponieważ wpadłam na genialny pomysł, który mógłby nas wyprowadzić z czarnej dupy, w której się właśnie znajdujemy. Chwila słabości już minęła, teraz należy w końcu zacząć działać. – Żeby założyć jakąkolwiek działalność, chłopaki musieli założyć kamery w swoim warsztacie i archiwizować wszystkie nagrania z roku wstecz na wypadek jakiejś ewentualnej kradzieży. Jeżeli Louis wniósł dragi, to one automatycznie to zarejestrowały, więc dzwoń po Zayna i jedziemy tam!

         Wbiegłam szybko do swojego pokoju i zaczęłam przebierać się w pierwsze lepsze ubrania, jakie wpadły mi w ręce. Od samego rana siedziałam dzisiaj w piżamie, ponieważ nie widziałam większego sensu w tym, żeby się przebierać. Wydawało mi się, ż nie będę dziś zmuszona do wychodzenia z naszych starych, ale kochanych, czterech ścian. Teraz to nie miało znaczenia. Chciałam zdobyć dowody i nic nie było wstanie mnie przed tym powstrzymać. Pani prokurator właśnie weszła w swój zawód.

           Louis‘s POV

         Siedziałem w salonie i bezsensownie wpatrywałem się w ekran telewizora. Zayn poszedł do dziewczyn, zaraz po tym, jak po niego zadzwoniły. Nie za bardzo orientuję się, gdzie on właśnie jest, ponieważ rzucił za sobą tylko „spadam, nara”. Taki tam, kochany przyjaciel. Dalej jestem mega wkurwiony po naszej nieudanej rozmowie z Madeleine. Tak na dobrą sprawę nie mogę o to obwiniać dziewczyny, ponieważ to tylko ja ją zawaliłem – znowu. Chciała mnie pocieszyć, a ja zachowałem się jak zwyczajny, pospolity kutas i wyrzuciłem ją za drzwi. Jeżeli kiedykolwiek chciałem ją odzyskać, to moje szanse spadły do minus pięciuset stopni Celsjusza.

         Warknąłem kilka przekleństw pod nosem, słysząc po raz kolejny dzwonek do drzwi. Jeżeli ktoś nie zrozumiał aluzji w tym, że pomimo zapalonego światła ja się nie podniosłem, to trzeba mu to przetłumaczyć w dość prymitywny sposób – innymi słowy, po prostu obić mu pysk. Jestem tak zdenerwowany, że może oberwać się nawet dziewczynie, więc lepiej niech już sobie idzie.

         Otworzyłem  drzwi, a na mojej twarzy pojawiło się milion uczuć. Dezorientacja, gniew, ostrożność, wściekłość, zdenerwowanie i wiele innych, których teraz nawet nie potrafię nazwać. Czy Alicia Parker da mi wreszcie cholerny, święty spokój?

3 komentarze:

  1. gratuluje poprawionych zagrożeń. Naprawde ciekawy rozdział choć krótki ale jak wspomniałaś pisałaś go zaledwie dwie godziny ja przez ten czas nawet połowy bum nie napisała :) czekam na kolejny wesołych świąt już jutro <3

    OdpowiedzUsuń